Rynek samochodów premium został zdominowany przez niemieckich producentów. Jak wypada japońska propozycja sedana segmentu E? Moim zdaniem nieźle, lecz sam bym jej nie kupił.

Lexus do niedawna nie był przesadnie popularną marką w Europie. Ich samochody wyglądały nieciekawie i odpychały potencjalnych klientów, po zestawieniu z niemieckimi czy brytyjskimi konkurentami.

Od kilku lat sytuacja diametralnie się zmienia. Japoński producent całkowicie odmienił swój wizerunek i stawia na bardzo odważny design. Nowe modele wyróżniają się ogromną ilością ostrych krawędzi, agresywnym wyglądem oraz przesadnie wielką atrapą chłodnicy względem przednich reflektorów.

Tak samo jest w przypadku nowej generacji Lexusa GS, a szczególnie po faceliftingu z 2015 roku. Auto zyskało całkowicie nowy wygląd, który powoduje, że samochód w końcu nie wygląda jak coś zaprojektowane w latach 90’ przez podstarzałych projektantów. Zrezygnowano z łagodnych przetłoczeń oraz wszechobecnych okręgów i uzyskano naprawdę nieźle wyglądające z każdej strony auto.

Wnętrze nie jest czymś co spowoduje zbieranie szczęki z podłogi. Całość jest stonowana i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Design może przypaść do gustu głównie osobom starszym, gdyż ciężko tutaj o nowoczesne rozwiązania, a wszystko jest takie jak w starych Mercedesach czy Audi, ale z odrobiną nowoczesności.

Nie jest tak, że mamy tutaj kierownicę, manualną klimatyzację i niewygodne fotele regulowane ręcznie i wykonane z weluru. W Lexusie GS znajdziemy wszystko co jest oferowane w dzisiejszych samochodach, lecz nie wygląda to specjalnie oszałamiająco i rzekłbym, że nawet Volkswagen Passat prezentuje się lepiej. Design pozostawia wiele do życzenia.

Projektanci zaszaleli z jedną rzeczą – systemem inforozrywki. Na desce rozdzielczej mamy centralnie umieszczony ekran o rozmiarze 12,3 cala, na którym obsłużymy w sumie wszystko – ustawienia auta, nawigację, radio. Do jego obsługi zaimplementowano coś, co w założeniu miało się sprawdzać świetnie – mały joystick, którym poruszamy się po całym systemie jak komputerową myszką. W praktyce jest on zbyt czuły i często ciężko jest najechać na interesującą pozycję oraz możemy przypadkiem go kliknąć i coś uaktywnić. Irytujące są też błędy tłumaczenia w systemie inforozrywki – często jest błąd lub po prostu wyrywkowo pozostawione słowa po angielsku.

Są jednak rzeczy, które mi się spodobały – i to bardzo. Najbardziej wyświetlacz zamiast klasycznych zegarów. Jest to rozwiązanie znacznie praktyczniejsze i pozwalające lepiej dostosować to co widzimy za kierownicą. Fajnym gadżetem jest stylowy, analogowy zegarek pomiędzy nawiewami. Widząc takie coś w aucie, zawsze żałuję, że wysiadając nie mogę go wyjąć i założyć na rękę.

Ilość miejsca z przodu w Lexusie GS jest wystarczająca do podróżowania osób nawet o wzroście 190 cm. Fotele są bardzo wygodne oraz posiadają regulację elektryczną w wielu płaszczyznach. Zakres regulacji jest bardzo szeroki, a podczas jazdy mamy możliwość ich podgrzania lub wentylacji w zależności od sytuacji i preferencji.

Z tyłu jest już nieco gorzej. Przestrzeni nad głową jest wystarczająco, lecz osoby wysokie mogą mieć problem z miejscem na nogi. Lexus GS jest samochodem 5-osobowym, jednak środkowe miejsce na tylnej kanapie należy uznać za awaryjne. Nie jest ono wyprofilowane oraz jest stanowczo wyżej niż pozostałe dwa i w połączeniu z wysokim tunelem środkowym, nadaje się ono co najwyżej do przewożenia nastolatka.

Bagażnik to duży plus jak i minus GS-a. Jego pojemność wynosi aż 520 litrów, co pozwoli na sprawne spakowanie się w 4 osoby na wakacje. Spokojnie pomieścimy tutaj wózek dla dziecka i walizki podczas dłuższego wyjazdu, a na co dzień cały zestaw mebli do salonu z IKEA. Jego otwieranie jest automatyczne z pilota (standard w F Sport i Prestige), a próg załadunkowy nie jest przesadnie wysoki. Przestrzeń bagażowa nie może zostać w żaden sposób zwiększona, gdyż tylna kanapa nie posiada możliwości złożenia, nawet za dopłatą. Na minus jest też bardzo słabe oświetlenie oraz brak jakiegokolwiek systemu aranżacji przestrzeni oprócz haczyków na drobne torby.