W ofercie Renault znajdują się cztery samochody w pełni elektryczne. W zeszłym roku do naszej redakcji zawitało ZOE, a tym razem mieliśmy okazję sprawdzić elektrycznego Kangoo z dopiskiem ZE.

Kangoo ZE to twór dosyć dziwny. Z jednej strony jest to pełnoprawny samochód elektryczny z gamy ZE, z drugiej natomiast jest to nadal dobrze znany Kangoo, w którym modyfikacje ograniczają się do zmiany jednostki napędowej.

Ta jedyna modyfikacja powoduje, że samochód nie radzi sobie tak dobrze, jak np. testowany model ZOE, który bazuje na Clio IV, lecz został całkowicie przeprojektowany i dostosowany do bycia pełnoprawnym autem elektrycznym.

W testowym egzemplarzu z przodu zamiast tradycyjnej jednostki, znalazł się silnik elektryczny o mocy 60 KM i 226 Nm. Baterie zostały umieszczone pod podłogą, dzięki czemu nie potrzebna była ingerencja we wnętrze pojazdu i wszytko jest dokładnie takie samo jak w „normalnym” Kangoo.

Kangoo ZE miał premierę w 2012 roku i był to samochód elektryczny w ofercie Renault. Przez ostatnie lata nie wprowadzono żadnych modyfikacji, co powoduje, że zastosowane technologie są przestarzałe.

Największą wadą modelu względem innych aut elektrycznych na rynku jest brak przystosowania do szybkiego ładowania w specjalnych punktach. Czas ładowania ze zwykłego gniazdka 230V wynoszący w teorii 6 godzin, a w praktyce do 10 godzin, znacznie ogranicza użytkowanie pojazdu.

Co ciekawe producent najwyraźniej zaleca ładowanie auta codziennie we własnym domu, gdyż testowy egzemplarz nie posiadał kabla do ładowania w stacjach darmowego ładowania. Ten udało mi się na szczęście pożyczyć z innego pojazdu, gdyż, jak się później okazało, ładowarka domowa zbyt mocno obciążała moją sieć elektryczną i nie byłem w stanie ładować auta samodzielnie.

Podczas kilku dni, które miałem spędzić z Kangoo ZE, planowałem przeprowadzić szereg testów: zasięgu, ładowania i codziennego użytkowania. Podchodziłem do tego wszystkiego bardzo sceptycznie, gdyż mam znikome doświadczenie z autami dostawczymi.

Pierwszy wydawał się dość prosty – dojechać z Warszawy do Łodzi. Samochód na pełnym ładowaniu ma teoretyczny zasięg 170 km, czyli w teorii powinien dać radę. Postanowiłem jednak dać mu małą pomoc i w połowie drogi zatrzymać się na około 2-godzinne podładowanie baterii, by mieć pewność, że dojadę.

Realia mocno dały w kość biednemu Kangoo. Mając doświadczenie z jazd Renault ZOE, zakładałem, że jazda około 80-90 km/h będzie dla niego optymalna. Nic bardziej mylnego. Już po kilku kilometrach jazdy w cyklu mieszanym, jego zasięg spadł o ponad połowę, a dojazd do oddalonego o 75 kilometrów Sochaczewa był wyzwaniem.

Dodatkowo samochód odmówił kooperacji. Przy poprawnym podłączeniu ładowarki, potwierdzonym specjalnym komunikatem i po nieco ponad 2 godzinach ładowania, zasięg wzrósł o… 0 km. W tym momencie, będąc oddalonym o 90 km od miejsca docelowego i z zasięgiem 5 km byłem bliski dzwonienia po lawetę i zrezygnowania z dalszego testowania.