CC jest w ofercie Volkswagena czymś wyjątkowym. Pojawiając się w 2010 roku został bardzo ciepło przyjęty i przeszedł oczekiwania marki co do jego sprzedaży. Do dziś nazywany jest przez wielu najciekawszym modelem w ofercie. W naszym teście topowa wersja R-Line.

Historia modelu CC nie jest długa. Jest to najnowszy model w ofercie i nie ma on żadnego poprzednika. Pierwotna wersja była sygnowana jako Passat CC i bazowała na modelu B6 z 2005 roku.

Oprócz zmian, które wymusiło nadwozie typu fastback, wiele się nie zmieniło. Wygląd przedniego pasa jest niemalże identyczny, w którym jedynie lekko wydłużono przednie lampy. Maska otrzymała dodatkowe przetłoczenia, zmieniono lusterka i dodano chromowane listwy ozdobne na drzwiach.

Tył pojazdu wyglądał oszałamiająco. Dzięki typu nadwozia został znacznie optycznie wydłużony, mimo różnicy zaledwie trzech centymetrów. Znakiem rozpoznawczym modelu zawsze były tylne lampy, wyglądające genialnie.

Gdy po czterech latach Volkswagen postanowił odświeżyć model, oprócz wyglądu zmieniono również jego nazwę by dodać nieco prestiżu. Usunięto nudną nazwę “Passat” i dumnie umieszczono jedynie dwie literki “CC” oznaczające “Comfort Coupé”.

Z zewnątrz zmiany są spore i przez wielu odbierane negatywnie. W przednim pasie zmieniły się reflektory, które teraz niemalże łączą się z chromowaną atrapą chłodnicy. Z tyłu natomiast najbardziej rzucają się w oczy nowe lampy, które teraz nie “rozlewają się po karoserii”, lecz są bardziej stonowane.

Testowany egzemplarz został dodatkowo wyposażony w pakiet “R-Line”, który wprowadził nowy przedni zderzak z większym wlotem powietrza, nowe lampy przeciwmgielne, przycimnione tylne lampy oraz specjalne 18-calowe felgi aluminiowe.

SONY DSC

Wsiadając po raz pierwszy do testowego egzemplarza nieco się zawiodłem. Aktualny CC jest na rynku dopiero trzeci rok, a wygląda w środku bardzo staro. Deska rozdzielcza z ekranem dotykowym wygląda jak z poprzedniej epoki, a srebrne elementy dekoracyjne wręcz tandetnie.Jest to spowodowane historią modelu. Jak wspomniałem wcześniej, CC bazuje na Passacie B6 z 2005 roku, a podczas faceliftingu i zmiany nazwy, wnętrze zmieniono na to z B7. Różnice jednak wtedy były bardzo kosmetyczne. Pojawił się zegarek, nowy panel klimatyzacji i kilka chromowanych obwódek. Cała reszta pozostała niestety bez zmian.

Nie jest jednak tak, że nic mi się nie podoba w środku Volkswagena CC. Moją uwagę najbardziej przykuła stacyjka tego auta. Mimo specjalnego przycisku “Start” przy lewarku skrzyni biegów, przy przytrzymaniu pedału hamulca i włożenia kluczyka “głębiej”, silnik automatycznie się uruchomi, a podczas jego wyjmowania również sam zgaśnie.

Nie mogę też powiedzieć, że wnętrze jest niepraktyczne. Obsługa klimatyzacji jest bardzo prosta, wszystkie najważniejsze przyciski znajdziemy w tunelu środkowym, a podstawowe rzeczy zrobimy za pomocą przycisków funkcyjnych na spłaszczonej ku dołowi kierownicy.

SONY DSC

Jeśli chodzi o ilość miejsca w środku to jest jej pod dostatkiem, jak na samochód segmentu D przystało. Siadając w pierwszym rzędzie, goszczą nas wygodne i dobrze wyprofilowane fotele. Miejsca nad głową i na nogi jest dużo, a zajęcie odpowiedniej pozycji nie jest trudne.

Gdy zasiądziemy z tyłu miejsca nadal jest sporo, lecz linia dachu daje o sobie znać, gdyż odbiera cenną przestrzeń na głowę. Nie polecam również podróżować w pięć osób, gdyż z tyłu mamy spory tunel i może brakować miejsca na nogi.

Przechodząc dalej, znajdziemy tu bagażnik o nie małej pojemności 532 litrów. Jest to wartość bardzo dobra, lecz trudno jest wykorzystać w pełni jej możliwości. Przestrzeń ta jest bardzo długa, przy czym otwór dość mały. To sprawia, że jeśli coś wpadnie głęboko, najprościej będzie to wyjąć otwierając tylne oparcia.