Kiedyś czterodrzwiowe coupe było czymś nie do pomyślenia. Gdy w 2004 roku Mercedes-Benz zaprezentował CLS-a, wypełnił niszę rynkową i zapoczątkował zupełnie nowy segment oraz ekspansję dynamicznych limuzyn.

Osoby znające się dokładniej na nadwoziach samochodów, od razu zlinczują mnie za nazwanie CLS-a autem coupe. Wiem, jest to 4-drzwiowy fastback, podobnie jak Porsche Panamera, a inni konkurenci w postaci Audi A7 i Aston Martina Rapide to 5-drzwiowe liftbacki. Jednakże przyjęło się by wszystkie te modele w uproszeniu nazywać po prostu coupe i nawet producenci tak je nazywają.

Wracając do Mercedesa, CLS jest w pewnym sensie usportowioną wersją Klasy E. Pierwsza generacja pojawiła się na salonie samochodowym w Nowym Jorku w 2004 roku. Mimo bazowania na ówczesnym W211, znacznie się od niej różnił – nie był “okularnikiem”, a tylny pas nawiązywał natomiast do SL.

Mimo ogromnego potencjału, auto było nieziemsko brzydkie. To chyba nie tylko moje zdanie, gdyż szukając jakiegoś zdjęcia w Google, 90% to ujęcia tyłu, który jeszcze się jakoś prezentuje. Front dawnego CLS-a to porażka na całej linii i nawet facelifting mu nie pomógł.

Zupełnie inaczej jest z nową generacją. Auto diametralnie zmieniło wygląd i przestylizowano wszystko co tylko było można. Przód nabrał jakichkolwiek proporcji względem czegokolwiek i prezentuje się znacznie bardziej zadziornie. Największą zmianą jest przednia maska, która teraz jest masywniejsza i dynamiczniejsza.

Tył auta nie zyskał wiele nowości. Najbardziej rzucają się w oczy nowe tylne lampy, które są teraz znakiem rozpoznawczym modelu. Prezentują się świetnie i znacznie lepiej na żywo niż na zdjęciach. Jeśli chodzi o pozostałe zmiany to nie widzę najmniejszej różnicy na klapie bagażnika, a zderzak stracił niepotrzebne przetłoczenie, które wyglądało jak lista czujników parkowania z lat 90’.

Z boku jedynie kosmetyczne zmiany. Tylne nadkola są bardziej uwydatnione, mamy mocne przetłoczenia przechodzące przez całe auto, a linia okien opada ku dołowi. Podsumowując auto prezentuje się lepiej i wywołuje pozytywne emocje gdy stoi lub przejeżdża obok.

Testowany przeze mnie model jest wersją po faceliftingu, który Mercedes wykonał w 2014 roku. Auto zyskało nowe lampy z opcjonalnymi Multibeam LED oraz delikatnie zmieniono również pas przedni oraz tylny.

Jeszcze do niedawna, wnętrze nowego CLS-a było 100% kopią Klasy E. Wszystkie elementy były dokładnie identyczne. Teraz jest nieco inaczej i można to nazwać swego rodzaju sklejką nowej Klasy C i schodzącej Klasy E.

Mercedes postanowił zastosować 8-calowy tablet na szczycie centralnej części deski rozdzielczej, lecz zapomniał o nowym, praktyczniejszym sposobie obsługi systemu inforozrywki. Wiem, wielu mówi, że jest niewygodny i skomplikowany, lecz moim zdaniem jest dużo wygodniejszy niż ten tutaj i skoro już jest, to powinien się tutaj pojawić.

Zasiadając za jego kierownicą jesteśmy rozpieszczeni niemalże do granic możliwości, by móc poczuć się jak prawdziwy prezes. Przednie fotele są nieziemsko wygodne i wręcz bajeczne podczas jazdy w dłuższą trasę. Posiadają elektryczną regulację każdego elementu przez co zajęcie odpowiedniej pozycji jest banalnie proste. Dodatkowo posiadają pamięć trzech ustawień, gdyby w międzyczasie ktoś inny miał prowadzić auto.

Jeśli chodzi o siedzenia w drugim rzędzie to te, nie są mniej wygodne. Z tyłu, jak w prawdziwym coupe, miejsca znajdą jedynie dwie osoby. Są one oddzielone od siebie sporych gabarytów tunelem środkowym. Osoby przewożone w drugim rzędzie nie będą narzekać na ilość miejsca na nogi, lecz wyższe osoby mogą czuć dyskomfort z powodu małej ilości miejsca na głowę.