Renault od lat rozszerza swoją ofertę samochodów elektrycznych i w tym momencie oferuje aż 4 modele. Ja miałem okazję sprawdzić chyba najciekawszy z nich – ZOE.

Na początku bardzo stresowałem się testem auta elektrycznego. Powiem szczerze, że nie miałem wcześniej zbyt dużego doświadczenia z tego typu pojazdami – kilkukrotnie miałem okazję jeździć hybrydami, lecz to zupełnie co innego, a innym elektrykiem przejechałem łącznie może z 500 metrów, gdy na jakąś prezentację jeden z moich znajomych przyjechał właśnie takim autem.

Moją główną obawą przed tym testem był zasięg testowanego auta. Samochody elektryczne z roku na rok mają coraz lepsze baterie i jednostki napędowe, lecz ja odbierając samochód w Warszawie musiałem nim wrócić na jednym ładowaniu do domu w Koluszkach, który jest oddalony o około 125 kilometrów, a nie przejechać na drugi koniec Warszawy jak inni dziennikarze.

W przypadku Renault ZOE na papierze to żaden problem. Według producenta zasięg wynosi aż 230 kilometrów, lecz gdy wczytamy się dokładniej, małym druczkiem jest napisane “realny zasięg: od 100 do 150 km”, a w broszurach przeważnie nawet te dane są zawyżone.

SONY DSC

Gdy poinformowałem osoby, które wydawały mi samochód, że planuję nim teraz jechać niemalże do Łodzi, ich miny nieco zbledły i życzyli mi powodzenia, radząc bym lepiej wyłączył klimatyzację, nie słuchał radia, a także ograniczał wszystkie inne funkcje samochodu. Postanowiłem się nie poddawać i zasiadałem za kierownicą mojego pierwszego “elektryka”. Włożyłem kartę-kluczyk w specjalne miejsce, a samochód obudził się, zapalił ikonki i czekał na start. Po wciśnięciu przycisku uruchomienia nic się nie zmieniło, a na ekranie wyświetlił się komunikat Ready. Dopiero po wrzuceniu biegu wstecznego, by wyjechać z parkingu byłem pewny, że auto działa, gdyż w kabinie rozległ się głośny dźwięk potwierdzający.

Pierwsze kilometry były bardzo stresujące, gdyż już na powitanie ZOE pocieszył mnie, że na pełnym ładowaniu przejedzie “tylko” 100 kilometrów, a po kilkuset metrach zmienił zdanie na 90. Z informacji, które otrzymałem, to właśnie w mieście jego zasięg jest największy i najprościej odzyskiwać energię, więc jazda do domu po autostradzie zapowiadała się być jeszcze bardziej stresująca.

Co ciekawe, gdy tylko wjechałem na południową obwodnicę Warszawy, a dalej udałem się na autostradę A2, ZOE przyzwyczajał się do jazdy i jego zasięg wzrastał z każdym kilometrem. Dalsza droga nadal była nadzwyczaj ekonomiczna – jechałem około 100 km/h i bez klimatyzacji, lecz już coraz mniej stresująca. Auto spokojnie dojechało do Koluszek, a po przejechaniu 130 kilometrów, nadal pokazywało zasięg dwudziestu pięciu.

SONY DSC

Postanowiłem jednak nie sprawdzać ile jeszcze przejadę i zająłem się próbowaniem naładowania samochodu z gniazdka w garażu. Okazało się, że to nie takie proste jak się może wydawać i nie obeszło się bez instrukcji obsługi.

Początkowo po prostu wjechałem do garażu, podłączyłem zasilacz do gniazda w ścianie i tego pod logiem Renault z przodu auta, sprawdziłem czy auto jakkolwiek zareagowało i poszedłem do domu stwierdzając “co w tym może być trudnego”. Bardzo się jednak zdziwiłem, gdy po kilku godzinach, gdy postanowiłem wyjechać, poziom naładowania baterii nie wzrósł nawet o 1%, a na ekranie wyświetlacza nadal widniał komunikat “sprawdzanie prądu”.

Okazuje się, że do ładowania Renault ZOE nie nadaje się każde gniazdko. Ten samochód można ładować jedynie z gniazdek o bezpośrednim uziemieniu, więc jeśli zastanawiacie się nad zakupem auta elektrycznego i ładowaniem go w domu, upewnijcie się, że macie u siebie tak podłączone gniazdko. Ja na szczęście takie znalazłem i nie utknąłem 40 kilometrów od najbliższej stacji ładowania aut elektrycznych, a po 14 godzinach ładowania samochód był gotowy do jazdy.