Volvo V40 to stosunkowo nowe dzieło szwedzkich inżynierów. Choć oznaczenie modelu literą V z pewnością nie jednego wprawi w błąd i pomyśli, że to małe kombi, a w istocie jest to miejski hatchback. Przyszedł czas, aby sprawdzić jak klasa premium sprawuje się na polskich drogach.

Volvo od zawsze kojarzyło mi się z bezpieczeństwem na drodze i niezawodnymi sedanami. Niestety zawsze, gdy patrzyłem na te auta miałem wrażenie, że im czegoś brakowało. Okazało się, że konstruktorzy pochłonięci wymyślaniem skomplikowanych układów elektronicznych, odpowiedzialnych za prawidłowe funkcjonowanie samochodu, zapomnieli dodać maszynie odrobiny polotu.

Z pewnością każdy posiadacz Volvo jest dumny ze swojego zakupu, gdyż jego maszyna jest dopracowana w każdym szczególe, a w rankingach niezawodności marka plasuje się w czołówce. Problem tych samochodów polega tylko i wyłącznie na braku charakteru i odrobiny szaleństwa. Weźmy pod uwagę na przykład zloty samochodowe. Często fanatycy danej marki organizują takie imprezy, by porozmawiać o swoich ukochanych maszynach i wymienić się spostrzeżeniami, a czasami nawet pościgać się na zamkniętym terenie. A bylibyście w stanie wyobrazić sobie zlot wielbicieli Volvo? Co robili by ludzie na takim zlocie? Prawdopodobnie panowie w eleganckich ubraniach i stanowczym wyrazem twarzy dyskutowaliby na temat umiejscowienia żółtej lampki sygnalizującej niski poziom paliwa.

Na szczęście Volvo w porę postanowiło zmienić kilka rzeczy w wizerunku swoich samochodów. Teraz oprócz kanciatych „kombiaków” i klasycznych sedanów, oferta producenta rozbudowała się o kilka bardziej porywających pojazdów. Do takich właśnie należy testowane przeze mnie nowe V40 D3 Momentum.

Z początku nie wiedziałem czego się spodziewać po szwedzkim hatchbacku klasy premium. Nowa stylistyka od razu mi się spodobała. Patrząc na auto natychmiast widać pewnego rodzaju świeżość kształtów. Klinowata sylwetka i lśniący srebrny lakier podkreślają powagę samochodu, a tył auta nadaje mu trochę sportowego charakteru. Ciekawie prezentują się tylne lampy i dwie końcówki układu wydechowego, które w połączeniu z lekkim spojlerem nadają trochę dynamiki.

Gdy po raz pierwszy otworzyłem drzwi, moje oczy przykuła jasna tapicerka, która nadaje elegancji. Od razu widać, że to kompakt wyższej klasy. Na uwagę zasługują także dobrze komponujące się srebrne akcenty w postaci plastikowych dodatków czy choćby ramek na nawiewy. Zajmując miejsce za kierownicą mogę bliżej przyjrzeć się elementom wykończenia. Oglądam wnętrze i myślę sobie, że nie ma się do czego przyczepić. Auto jest nie tylko schludne ale i eleganckie i starannie wykonane. Nic nie trzeszczy, a fotel dba o moją wygodę.

O wyglądzie można by pisać długo, ale jedna myśl wciąż nie daję mi spokoju. Czy nowa „v-czterdziestka” została stworzona przez kilka poważnych osób, czy może jednak ktoś postanowił dać jej odrobinę fantazji i przebiegłości? Aby się o tym przekonać czas ruszyć się z parkingu i wykrzesać z dwulitrowego diesla wszystkie 150 KM.

Najpierw mechanicznie ustawiam fotel, zapinam pasy i wkładam pilot w wyznaczone miejsce. Ożywiam maszynę przyciskiem „start engine”, silnik zaczyna charakterystycznie mruczeć, a na cyfrowym wyświetlaczu widnieje kilka standardowych informacji, dodatkowo producenci umieścili tam wskaźnik wykorzystania mocy. Testowany egzemplarz, to „automat”, więc jak najszybciej przestawiam lewarek na literę D i ruszam. Samochód dostojnie przemierza pierwsze metry, a ja staram się zapanować nad wszystkimi wyświetlaczami. Od razu zauważam, że prędkość z jaką się poruszam mogę odczytać, aż z trzech różnych miejsc. Ciekawe po co?

Podróżując dalej w zakorkowanym mieście zaczynam bawić się atrakcjami jakie przygotował dla mnie producent. Zmieniam ustawienia głównego wyświetlacza. Obracając pokrętłem mogę zdecydować się na jeden z trzech motywów takich jak: elegance, performance i obowiązkowo eco. Wybór pada na ten pierwszy, więc moje oczy ujrzały cyfrową wskazówkę imitującą analogową. Szybko przeglądam także pozostałe tryby. Decydując się na „eco”, cyfry wyświetlają się na zielono, a dodatkowo widzę jak bardzo szkodzę planecie.

Jeśli mowa o akcentach ekologicznych, to oczywiście jest ich tutaj znacznie więcej. Wystarczy kliknąć przycisk „My Car”, a po chwili przemieszczania się w manu, widzę wszystkie przykazania każdego greenpeace’owca. Jadę w korku, więc raczę się ich wiedzą. Muszę się przed wami szczerze przyznać, że niektóre z nich są bardzo trafne, dzięki czemu nawet wolna jazda przyczyniła się do rozwoju mojej wiedzy motoryzacyjnej. Po przeczytaniu cyfrowego elementarza, dowiedziałem się, że jeśli załaduje samochód czymś ciężkim, to ten zwiększy swoją masę i wzrośnie spalanie. Na szczęście w obawie przed efektem cieplarnianym chroni mnie sprytny system start/stop, który mogę wyłączyć jednym przyciskiem, ale po lekturze z centralnego wyświetlacza nie robię tego.